niedziela, 12 lutego 2017

Licho nie śpi, a miłość ma cztery łapy i je tuńczyka.

Ludzkie katastrofy dzielimy na te małe, które z czasem stają się tylko przykrym wspomnieniem. I na te większe, które prowadzą zawsze do śmierci. 

Siedząc otulona ciepłym kocem z kubkiem czerwonej herbaty w dłoniach przerzucałam kartki gazety. Nagle na moje kolana wpełzła moja biała miłość, Kredka. Zamruczała i ułożyła się wygodnie na moich nogach. I dzięki niej właśnie obejrzałam jeden z piękniejszych filmów o człowieku, który umarł tylko po to by odrodzić się na nowo. A wszystko to dzięki kotu. 

Uzależniony od narkotyków James Bowen znajduje kota. Początkowo szuka jego właściciela, z czasem jednak rezygnuje, a ruda istota od tego momentu staje się najważniejszym elementem jego życia. 



Oglądając ten film łzy mimowolnie spływały mi po policzkach. Gratulacje zdecydowanie należą się aktorom, za idealne ukazanie emocji.

Emocji które przeszyły miedzianym drutem moje serce i zawiązały na nim pętle. 


Kot Bob i ja to ekranizacja, która nie jest bogata w efekty specjalne. Bo ten film, wcale nie ma zaskakiwać tym jak jest zrobiony. Ma wzbudzić w nas katharsis, emocjonalne oczyszczenie. I ma nas nauczyć, być może nauczyć nas umierać i kochać. 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia